Bateryjka z nadzieją

Mam na imię Renata, nie wiem niestety kto wpadł na pomysł by wybrać to imię właśnie dla mnie, natomiast z biegiem lat dowiedziałam się, że pochodzi ono z łaciny i oznacza „odrodzenie”. Mam podobno dużą zdolność regenerowania własnych sił, szybkiego powrotu do zdrowia jak i wysokiej formy zarówno fizycznej jak i psychicznej. Rzeczywistość wygląda jednak całkiem inaczej. Zaledwie trzy lata temu dowiedziałam się, że jestem bardzo poważnie chora. Ja Renata, pełna energii optymistka, nagle zostałam strącona w czeluść, w której ciemności trudno mi było natrafić na rzeczywiście pomocną rękę. Pierwsza z dłoni należała do lekarza, który prowadził moją operację, wszedł do Sali, w której leżałam z innymi kobietami, sprawnie odłączył mnie od kroplówki, następnie nic nie mówiąc pomógł mi wstać i trzymając silnie pod ramię, zaprowadził mnie do pokoju lekarskiego. Usiadłam na starym, zdezelowanym krześle a On przysiadł na kanapie, głównym meblu zajmującym prawie całą powierzchnię tego malutkiego pokoju. Lekarz w milczeniu wpatrywał się w podłogę, po chwili usłyszałam jego silny głos

– Pani Renato w trakcie operacji stwierdziliśmy, że ma pani raka… raka jajnika 1c

Przez chwilę milczałam, mogłam się spodziewać wszystkiego jednak diagnoza, że mam raka przeszła wszelkie moje oczekiwania. Rak wtedy kojarzył się jedynie z łysymi główkami przerażonych pacjentów oddziału onkologii, zwłaszcza tych najmłodszych dzieci ze smutnymi spojrzeniami przyklejonymi do zalanych deszczem szyb okiennych. Dla mnie był wtedy jak wyrok śmierci, na który to nie wiem dlaczego zostałam skazana.

– Jakie mam szanse przeżycia? – Zapytałam patrząc na lekarza z załzawionymi oczyma.

– W przypadku natychmiastowego rozpoczęcia leczenia jest duża szansa, że znajdzie się Pani według statystyk w grupie trzydziestu procent pacjentów, którzy przeżywają pięć lat. Dziś niestety jest to zaledwie dziesięć procent, nie można liczyć na więcej.

– Czy może mi Pan jakoś pomóc? Jak mam teraz żyć? Co mam robić, by sobie pomóc? – Temu pytaniu towarzyszyły krople łez spływające z policzków na fioletową piżamę.

– Niestety nie jestem bogiem Pani Renatko, uratować można się samemu podejmując leczenie. Milcząc wstał z kanapy dając tym samym do zrozumienia, że rozmowa nasza została zakończona.

Od tamtego pamiętnego dnia, piątku 13 kwietnia 2007, roku przestałam oddychać tym samym powietrzem co większość ludzi. Moje ma do dziś zmieniony ciężar właściwy. Posiada więcej składników, nasycone jest lękiem o każdy kolejny dzień, o nowy ból, o przyszłość. Przerażenie związane z nieuchronną śmiercią prześladuje moje myśli i działania.

Pamiętam, że następnego dnia jeszcze w szpitalu, zbudziła mnie cicha rozmowa pacjentek, z którymi dzieliłam swój pokój:

– Aż szkoda, taka młoda kobieta, dwójkę dzieci i męża zostawi, co za tragedia (…)

Wtedy pierwszy raz zareagowałam w obronie siebie samej, w obronie już innej Renaty, która żyje, oddycha i chyba jak nikt inny czułam wtedy ogromne pragnienie życia, to właśnie powiedziałam zaskoczonym kobietom i pobiegłam wypłakać się w ustronne miejsce. Stało się wtedy coś bardzo ważnego, rozpoczęły się we mnie zmiany. Jednak jeszcze do dziś szukam wolnego od ludzi miejsca, gdzie mogę się wypłakać albo milcząc wpatrywać się w to co niewidoczne. Znalazłam kierunek, ku któremu dziś zmierzam. „Ogromnie pragnę żyć!”.

Czymże są statystyki ? Czyż nie są one jedynie cyferkami, na podstawie których wielcy wyrokują o naszej przyszłości, a potem sami wracają do swoich domów, by stać się również statystycznymi obywatelami spędzającymi weekend w domu ze swą rodziną. Czyż statystyki nie odbierają nam nadziei, nie okradają nas z radosnych dni życia, które moglibyśmy spędzić bez strachu. Coś za coś, jaki jednak jest bilans końcowy?

Po miesiącu dopiero znalazłam się w Klinice, Taxol i Carboplatinum stał się moim wsparciem w niedoli, wsparciem, które omijając fakt wcześniejszej operacji, po której nie do końca miałam poczucie bycia kobietą, odebrał mi również moje długie włosy. Stałam się i ja bezwłosą główką wpatrzoną w szybę okienną. Stałam się tą, której najbardziej się bałam i byłam wśród tych, które czuły i myślały podobnie, które bały się o kolejny dzień. Wtedy dopiero zaczęłam rozpoznawać różnicę między tymi, które walczą a tymi, które się żegnają i przeraziło mnie spostrzeżenie, że tak naprawdę każda z nas balansowała pomiędzy tymi odczuciami. Pamiętam pewną rozmowę z pacjentkami na temat ogródków działkowych. Mój akurat znajdował się w pobliżu cmentarza, co w pewien sposób skłoniło ciągle milczącą dotychczas koleżankę do wypowiedzi:

– Wiecie Panie, ja już kupiłam sobie pomnik i nawet byliny w zeszłym miesiącu posadziłam w miejscu gdzie mnie położą, oby się jednak przyjęły ponownie po pogrzebie, lepiej być wcześniej przygotowanym na wszystko. Mąż może sobie potem sam nie poradzić – Zadowolona z siebie wyszła z pokoju a my zamilkłyśmy. Cisza aż bębniła w moich uszach, zabrakło mi słów jak i zapewne każdej z nas, by opisać to co czułyśmy. Wróciłyśmy do własnych zajęć, jednak jestem przekonana, że tego wieczoru przed zaśnięciem myślałyśmy o tym samym. Zachowujemy się różnie wobec poważnej choroby, milczymy, pragniemy się dzielić doświadczeniami, uciekamy w pracę, okłamujemy samych siebie, że choroby nie ma jak i robimy wszystko, by sobie samym pomóc. Rozmawiałam z dziesiątkami takich jak ja. Dzieliłyśmy się diagnozami, ucząc się wzajemnie grupować choroby nowotworowe, jednak trudno mi było w wielu przypadkach wiedzą tą dzielić się z innymi. Mimo wszystko czułam się samotna, z mego kręgu zaczęła znikać rodzina, znajomi, nawet sąsiedzi przemykali obok mnie na ulicy szybko, jakby lękali się, że ich zagadam. Problemy mojej rodziny zaostrzały się z dnia na dzień, co również miało bardzo zły wpływ na przebieg mojej choroby i jej rokowania. Wszyscy zaczęli mieć swoje zajęcia, pilne, nieodwołalne sprawy do natychmiastowego załatwienia a tak naprawdę bali i nadal się mnie boją, nie potrafią ze mną rozmawiać. Tak więc i ja zaczęłam unikać ludzi i ich oklepanych stwierdzeń typu :

– Będzie dobrze, nie ma się czego martwić, jesteś silna, poradzisz sobie.

Nie mogłam nigdzie znaleźć zrozumienia, zaczęłam więc szukać kontaktu poprzez Internet z ludźmi takimi jak ja, zwłaszcza z chorymi na raka jajnika. Najpierw znalazłam „Kafeterię” a w niej cudowny azyl dla mnie, stronę pod tytułem „Cichy zabójca”. Dowiedziałam się wtedy, że tak właśnie mówi się o moim robalu, zabija bowiem cicho i znienacka. Dopiero dokładne badanie USG dopochwowym lub tomograficzne jest w stanie wykazać zmiany nowotworowe przebiegające w organizmie. Mój guz niestety miał aż piętnaście centymetrów i w trakcie operacji jego zawartość wylała się do otrzewnej, śledziony i wątroby. W mojej przychodni nie miałam USG dopochwowego…